Karmić za wszelką cenę

Kiedy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży wiedziałam jedno – chcę karmić piersią. Było to dla mnie tak oczywiste, tak naturalne, że nawet się nad tym nie zastanawiałam. Nie analizowałam żadnych za i przeciw, nie stworzyłam żadnego “planu B”. Będę karmić piersią i koniec. Choć chciałam się do tego merytorycznie przygotować.

Czytałam rozmaite źródła, blogi, fanpage, artykuły medyczne, aż teorię miałam opanowaną w małym palcu. W szkole rodzenia z dumą odwracałam się do męża mówiąc “Ha! A ja to już wiem”.

Przy meldowaniu się na poród w szpitalu wszystkim jednogłośnie odpowiadałam “Oczywiście, że chcę karmić piersią. Przynajmniej jeden rok, a może i dłużej”. Kiwano z głową z aprobatą mówiąc, że to wspaniale. To najlepsze co mogę dać maleństwu.

Start pełną parą

W szpitalu, po porodzie naturalnym miałam wspaniałą opiekę. Wykwalifikowany personel pokazał mi kilkukrotnie jak prawidłowo przystawić dziecko i choć synek nie ssał efektywnie, bo przez cały czas miał problem z łapaniem piersi, wiedziałam, że jesteśmy na dobrej drodze.

W chwilach słabości położne odmówiły podania mi mleka modyfikowanego mówiąc, że chodzi o dobro i naszą laktacyjną walkę. Pomimo zachęceń lekarzy i położnych żeby zostać dopóki laktacja się nie rozkręci, chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Twierdziłam, że nie ma takiej potrzeby. Przygotowywałam się na tą chwilę dziewięć miesięcy i wiem co robić. Przystawiać jak najczęściej, a dziecko zrobi całą robotę.

Pierwsze schody

Pierwsze schody pojawiły się kilka godzin po powrocie do domu. Piersi były całkowicie puste, bez ani jednej kropelki, a dziecko przeraźliwie płakało z głodu. Ssało chwilę, a widząc, że to nie przynosi żadnego efektu płakał jeszcze głośniej.

Wtedy wjechała pierwsza butelka. Zaledwie 30 ml, a nigdy do tej pory nie widziałam, żeby moje dziecko spało tak spokojnie. Tak głęboko, bez ani jednego mruknięcia. W końcu był naprawdę najedzony, a mi się chciało płakać z bezsilności. Że nie dałam rady. Że moje mleko nie może mu tego zapewnić. Że podałam modyfikowane, a więc w jakimś stopniu przegrałam. A od rodziny usłyszałam “Och, zobacz, pierwszy raz w końcu spokojnie śpi. Po prostu był głodny”.

Zderzenie z rzeczywistością

Jednak laktacja powoli się rozkręcała. Miałam coraz więcej pokarmu, ale syn dalej jadł niechętnie. Potrafił jeść co 20-30 minut, w dzień i w nocy, choć dosłownie kilka minut. Nie ściągał wystarczającej ilości pokarmu i ból piersi stał się nierozłącznym elementem mojej rzeczywistości.

Po kontroli położnej okazało się, że zbliżamy się powoli do 10% utraty wagi urodzeniowej i syn przybiera za wolno. Odciągałam więc swój pokarm i podawałam go po karmieniu piersią. Waga powoli stabilizowała się i syn zaczął prawidłowo przybierać.

“Cześć mamo”

Wkrótce później odwiedziła nas moja mama. Już wtedy byłam zmęczona i sfrustrowana ciągłą walką, bo syn wciąż za bardzo nie był zainteresowany piersią. “Dziecko płacze, bo jest głodne”. “Ma czkawkę? Głodne”. “Trzeba dokarmiać butelką”. “Karmienie piersią jest niewystarczające, jak ma się najeść jedząc tylko z piersi”.

Jesteśmy w tym razem

Ale wciąż miałam wsparcie w mężu. Dzięki temu, że dostał miesięczny urlop po porodzie mógł mi więcej pomagać. Przynosił młodego, kiedy kolejny raz byłam chora po porodzie i nie miałam siły z łóżka wstać. Przewijał, kąpał, chodził na spacery, żebym mogła pospać dłużej niż dwie godziny. Przygotował obiad, kiedy nie miałam nawet czasu wziąć pięciominutowego prysznica. Przytulał i mówił, jakie cudowne mamy dziecko i jaką jestem dobrą mamą. Wspierał mnie w karmieniu od samego początku, ale zapasy sił powoli się wyczerpywały.

Kurczący się plan

Kiedy nastąpił okres, że przy każdym kolejnym karmieniu chciało mi się płakać – wiedziałam, że nie mogę tak dłużej funkcjonować. Byłam zmęczona psychicznie i fizycznie. Mój plan rocznego karmienia diametralnie się kurczył. Najpierw na pół roku. Później na chociaż trzy miesiące.

Miałam wrażenie, że młody wisi na piersi dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czasem wolałam podać butelkę, żeby chociaż na chwilę odpocząć. Koleżanki, które urodziły w tym samym czasie chwaliły się zadowolone, że dzieciaki przesypiają już całe noce. Że co?! Dla mnie dwie godziny w nocy były luksusem! A i tak często w między czasie syn budził się z pojękiwaniem nawet jeśli potem znów zasypiał.

Karmienie i ból

Nie potrafiłam w pełni cieszyć się macierzyństwem. Nie miałam na to siły. Ale również nie miałam siły walczyć dalej. Czas spędzałam albo na karmieniu dziecka albo na sesjach z laktatorem. Nie czerpałam już żadnej radości z karmienia piersią. Wręcz odwrotnie, na samą myśl o tym, chciało mi się płakać. Wszystko mnie bolało, w nocy budziłam się mokra od nadmiaru pokarmu, a syn w dalszym ciągu nie był zainteresowany cyckiem. Jednak wciąż bałam się podać modyfikowanego… Chciałam zapewnić mu jak najlepszy start w życie, a teraz co? Mam się poddać? A co ludzie powiedzą? Co ze mnie za matka, że nie mogę dać dziecku tego co najlepsze?

Długo walczyłam sama z sobą bojąc się wykonać ten krok. Nie chciałam się poddać, ale nie miałam też siły już dalej walczyć.

Zmiana przekonań

Pierwszy tydzień z butelką zmienił mój pogląd na macierzyństwo o 180 stopni. Odżyłam. Byłam szczęśliwa, miałam czas i energię na zabawę z dzieckiem. Codziennie chodziliśmy na spacery. Zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej mi umykały. To jak pięknie trzyma główkę, zaczyna chwytać zabawki. Kiedy pierwszy raz dostrzegł jakie fascynujące są jego rączki. Może to i egoistyczne, ale mogłam przespać ciągiem kilka godzin! W końcu przygotować i zjeść pożywny obiad.

Nie chodzi o to, żeby karmić za wszelką cenę

Pomimo, że powoli wracałam do żywych cały czas zmagałam się z okropnymi wyrzutami sumienia. Zależało mi na karmieniu piersią tak strasznie, a nie dałam rady i się poddałam. Choć byłam szczęśliwsza chciało mi się jednocześnie płakać.

W tym okresie miałam ogromne wsparcie ze strony męża. Cały czas powtarzał mi, że nie chodzi o to, żeby karmić za wszelką cenę. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, a rodzaj karmienia nie definiuje czy jestem dobrą czy złą mamą.

Tak (nie) wygląda macierzyństwo

O ile moje przejście na modyfikowane w mojej rodzinie odbyło się dość spokojnie, reakcją zaskoczyły mnie koleżanki. To od nich spodziewałam się największego wsparcia, a otrzymałam je tylko od dwóch.

Od reszty usłyszałam, że się za szybko poddałam. “Tak wygląda macierzyństwo”. “Musisz się przemęczyć”. Od znajomej znajomej, która dzieci nie miała i nie zamierza, usłyszałam “A nogi to łatwo było rozłożyć, ale nakarmić własnego dziecka już nie potrafisz?”.

Małe igiełki

Do dziś bolą mnie te komentarze. I nie tylko one. Na “mamusiowych” grupach nie mogłam zapytać o nic dotyczącego butelek czy mieszanek, bo słyszałam: “karm piersią!”.  W sieci codziennie czytam paskudne komentarze na temat karmienia mlekiem modyfikowanym. Czytałam na popularnym fanpagu o “złych maDkach”, które świadomie lub nie – czynią na szkodę swojego dziecka. Karmienie sztuczne zostało tam ustawione w linii prostej obok palenia przy dziecku, chodzikach i wisiadłach.

W komentarzach na innej stronie mamy karmiące mlekiem modyfikowanym zostały uznane za leniwe, wygodnickie i nie zasługujące na miano matek. Że bardziej im zależy na tym, żeby się wyspać i zrobić paznokcie niż zajmować się własnym dzieckiem. Takich artykułów i komentarzy są tysiące. Spotykam się z nimi każdego dnia, a każdy z nich to mała igiełka w te z nas, które z jakichś powodów nie mogą, nie chcą, a może nie potrafią karmić piersią. Jesteśmy oceniane, choć nikt nie zna – a nawet nie chce poznać – naszej historii. A większość z nas próbowała karmić piersią.

Depresja, wyrzuty sumienia, krytyka

Wiele z nas zmaga się do dziś z ciężką depresją i wyrzutami sumienia. Zamieniamy piękne chwile macierzyństwa na przejmowanie się opinią społeczeństwa.

Promocja karmienia piersią cieszy mnie z całego serca. To wspaniała inicjatywa i chętnie ją popieram. Tak samo jak chociażby karmienie w miejscu publicznym.

Ale z drugiej strony odbywa się to w dużej mierze kosztem tych mam, które karmią mlekiem modyfikowanym. Jesteśmy linczowane, wyśmiewane i krytykowane jako złe matki, które “podają dziecku truciznę”. Jako te, których zdrowie i szczęście dziecka wcale nie interesuje. Odmawia się nam wsparcia, rzetelnego źródła informacji na temat składu produktów nie pochodzącego od producentów mleka, pomocy przy jego doborze.

Często nawet pediatrzy wzruszają ramionami i sugerują metodę prób i błędów. Przy karmieniu piersią można nawet znaleźć blogi, które opisują jak powinna prawidłowo wyglądać kupka dziecka! Przy modyfikowanym często trzeba działać na oślep.

Nie karmię piersią

Dziś nie boję się głośno tego powiedzieć. Tak, nie karmię piersią. Karmię moje dziecko mlekiem modyfikowanym i jestem z tego powodu szczęśliwa. Każdy dzień z moim synkiem to nowa, niezwykła przygoda, w którą wkraczam codziennie pełna entuzjazmu i zaangażowania. Nie oddałabym tych chwil za nic w świecie.

Monika